poniedziałek, 30 marca 2015

Początki – czyli wysokie mniemanie o aktywności fizycznej i sprawności.




Z pisaniem zawsze miałem i pewnie nadal mam problem. Na jeden temat piszę zbyt krótko, innym razem rozwlekam się nad tematem snując filozoficzne rozmyślania. Takie dwa w jednym albo i pięć w jednym. Piszę o tym żeby ostrzec ciebie drogi czytelniku, nieraz będę powracał do tematu. Po pierwsze aby lepiej opisać dane zagadnienie, sytuację, problem, po drugie aby coś wyjaśnić w prostych żołnierskich słowach. To tyle tytułem wstępu, a podsumowaniem niech będzie to, że nie przypuszczałem, że w wieku 34 lat będę musiał nauczyć się czegoś co wydawało się zupełnie naturalne, czegoś czego się nie zapomina...
a jednak z perspektywy czasu stwierdzam, że oduczyłem się biegać i co oczywiste nie miałem na to siły, chociaż uważałem zupełnie inaczej. Dziś postanowiłem nauczyć się czegoś ponownie... pisać. Z bieganiem się udało to może z pisaniem też, ale do rzeczy.



Rowery.




Czasami nie zdajemy sobie sprawy z tego jak nie powiązanie ze sobą rzeczy i zdarzenia wpływają na to co będzie się robiło za rok albo dwa. Tak właśnie było w moim przypadku, a wszystko zaczęło się od rowerów. Pewnej kwietniowej niedzieli budzi nas dzwonek do drzwi, myślę sobie dziewiąta dopiero świta, a tu już ktoś zrywa mnie z łóżka. To była sąsiadka z jakże miłą wiadomością... okradli komórki! Pędzę na dół, patrzę a po moim ukochanym, osiemnastoletnim, kultowym GT Tequesta i miejskim rowerze żony został tylko kurz. Kilka dni nerwów, wypłata odszkodowania - na rowery oczywiście nie wystarczy. Trudno i tak jeździliśmy tyle i tak daleko, że za jakiś czas, o czym jeszcze nie wiedziałem, będę docierał tam o własnych nogach ale o tym później.



Zdjęcia.




Ponieważ jeden impuls to za mało żeby coś zacząć robić i zmieniać (swoją drogą zazdroszczę tym, którym do podjęcia działania wystarczy mała iskra i już jest płomień, już coś się dzieje – u mnie to się najpierw tli, przygasa, rozpala, przygasa i tak parę razy zanim będzie ogień), nadszedł kolejny impuls zwany zdjęciami z wakacji. Piękne lato 2011, a w zasadzie jego część spędziliśmy na Lazurowym Wybrzeżu zaowocowała pięknymi zdjęciami krajobrazu, architektury, zdjęciami mojej pięknej żony i zdjęciami mojej wspaniałej osoby. Zaraz, zaraz to nie ja, to jakiś koleś z wielką okrągłą gębą i opiętą koszulą, na kolejnym na pewno będę ja! Niestety zmieniało się tło, ubrania a gość był cały czas ten sam ehhh. Tak to byłem ja i chociaż w porównaniu z wieloma kolegami, rówieśnikami w dalszym ciągu uważałem się za szczuplaka w końcu do 100 kg jeszcze nie dobiłem, to już nim nie byłem. "Tylko" 92 kg o 1,81m w sumie nie dużo tylko że mięśnia zamieniły się w tłuszcz (czy to możliwe?). To, że spodnie zapinam jakoś niżej, że jak robię skłon w bok to fajne :"micheliny" się robią, że jak wiążę buty to nogi idą na bok, jakoś mi nie przeszkadzało. Tłuszczem mogłem nawet rozbawić, jak dobrze ścisnąłem brzuch przy pępku, to potrafiłem zrobić drugą dupę i to z przodu... makabra! Poza tym jestem jestem silnym i sprawnym 34 latkiem. Kto wnosił te wszystkie worki z cementem, gipsem, panele na czwarte piętro? Bez windy oczywiście! Tak, tak tylko to było 4 lata temu, czas nie stoi w miejscu. Ale przecież w dalszym ciągu jestem sprawny myślałem, przecież do jesieni jeździłem rowerem! Właśnie sprawdzę ile zrobiłem kaemów... całe 245 no to jest wynik ucieszyłem się. Halo! Zrobiłeś to przez cały rok, wcześniej robiłeś to w dwa tygodnie, coś mi dźwięczało w głowie ale jakoś zbyt cicho abym to zauważył. Ale rower to nie jedyny ruch, raz na kwartał chodzimy na basen, a spacery?! Właśnie spacery, w tym z żoną jesteśmy naprawdę dobrzy. Mieszkamy w takiej okolicy, że do lasy mamy niewiele ponad 2k piechotą, dość często tam chodzimy. W oczach naszych znajomych jesteśmy jak terminatorzy, niezniszczalni i pokonujemy kilometry z nadludzką prędkością. Nareszcie coś pomyślałem! Nie stoję jeszcze nad grobem, chociaż jak miałem 13 lat to każdy powyżej 30-stki już był w nim jedną nogą. W głowie cały czas mi huczało, że jestem normalnym sprawnym mężczyzną po 30-stce , co już w niedługim czasie miało zostać poddane bardzo brutalnej weryfikacji, która nadeszła w najmniej spodziewanym momencie w niedzielę, z samego rana! W roli weryfikatora wystąpiła kobieta po której najmniej bym się tego spodziewał... po prostu nóż w plecy.



Kobieta.




Jak już wiele razy słyszałem, najbardziej wymagającym trenerem i zarazem największym katem jest mąż, żona lub życiowy partner. W szczególności kobiety uważają, że maż to najgorszy trener wymaga, pilnuje, a jakby tego było mało cały czas ma cię na oku i wiecznie ponagla i strofuje. Poza tym wszystko wie kiedy trenuję kiedy nie trenuję, cholera jakby nie mieszkał ze mną to mogłabym opuścić trening albo dwa, nic by nie wiedział. Mogę powiedzieć, że rozumiem te kobiety, też byłem wyganiany na trening. Ale co tam role się odwróciły! Dziś to ja obrywam za wymyślanie treningów, motywowanie i za wszystko co potem najczęściej wychodzi na dobre lecz w czasie treningu jest złe. W końcu kto się lubi męczyć? Nie ma się co oszukiwać każdy człowiek jest leniem, urzędnik też, a jego organizm w szczególności urzędnika jeszcze większym. Całe szczęście każdy człowiek – urzędnik czy urzędniczka też – ma głowę, charakter, osobowość i to sprawia, że możesz w sposób świadomy sterować swoim życiem. Każdy ma inny sposób lenistwa i wymagany czas lenistwa. Przykładowo dla urzędnika czas lenistwa najczęściej to poniedziałek – piątek po 17-stej i weekendy. Jedni w tym czasie oglądają TV, inni leżą w łóżku, śpią, a niektórzy wstają o 5:30 żeby punkt 7:00 być na basenie, to też odpoczynek. Ja osobiście mam styl mieszany łączę popularne LB – leżenie bykiem z różnorodną aktywnością. Moja aktywność przybiera różne formy , które nazywam potem hobby. Przepraszam za rozwlekłość ale jak każdy urzędnik także taki który biega lubię aby temat był dokładnie opisany. Wróćmy zatem do pamiętnej niedzieli. Jest Sierpień 2011 godzina 8:30 można powiedzieć dopiero świta. Ktoś zrywa ze mnie kołdrę i przekonuje, że dziś jest ten dzień, w którym pokażę jak silny i wytrzymał jestem!. Tak to była ona, moja kochana żona, moja Małgorzata (ach ten Miauczyński). Jako, że nie potrafię odmówić mojej drugiej połowie postanowiłem, że spróbuję co mi tam. Moja żona od jakiegoś czasu uczęszczała na aerobik. Ciągle musiałem słuchać jaka to słaba jest i że trzeba to zmienić. Wymięka myślałem sobie! Co to takiego poskakać w rytm muzyki, zrobić parę przysiadów, pompek, trochę się pośmiać i powchodzić na step? Ja codziennie więcej schodów pokonuję wchodząc na czwarte piętro niż ona na tym stepie przez godzinę! Podjąłem wyzwanie, a tak naprawdę zostałem do tego zmuszony. Było dość ciepło założyłem bawełniany t-shirt, krótkie spodenki i streetowe „adidasy” (dlaczego to było błędem już wkrótce) i poszliśmy. Z góry założyliśmy, że nie będziemy się ścigać, że to będzie spokojny dłuuugi bieg. Dobrze, a może nie dobrze, że nie używałem wtedy żadnego urządzenia do pomiaru pulsu czy odległości bo tylko by mnie to załamało. Nie spodziewałem się, że tak prostej rzeczy jak bieganie można się z wiekiem oduczyć. Może nie do końca się oduczyłem, ale jak czas pokaże było to bardziej biega-nie niż bieganie. To mało forsowne tempo zaczęło mi doskwierać, jak się później okazało już po 300 metrach. Po 500 metrach miałem stan przed zawałowy i zaczął się się marszobieg, po kilometrze bolały mnie płuca, oskrzela i gardło. Ostatecznie zrobiliśmy ze 2k – ja byłem załamany Gosia triumfowała. Jest lepsza, silniejsza, sprawniejsza i mądrzejsza, bo nie pozwoliła sobie na zapuszczenie tak jak ja.



I to mógłby być koniec tej historii, ale jak się okazało był to dopiero początek, który już dziś mogę zdradzić trwał całe 3 tygodnie! Tak 3 tygodnie, a co się wydarzyło w tym czasie będzie w następnym wpisie, który w skrócie odpowie czy warto inwestować na początku biegania w sprzęt sportowy, oraz czym się różni bieganie od nauki biegania i trenowania biegania, co to jest systematyczność i po kiego diabła nam ona. Czy warto planować co ma się zrobić na treningu.

Chyba wszystkiego nie zmieszczę ale to dlatego, że początki biegania są trudne ale ci którzy przetrwają ten ciężki okres będą się cieszyć zdrowiem i sprawnością fizyczną przez długie lata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz