wtorek, 26 maja 2015

13 Bieg ulicą Piotrkowską

Veni, Vidi, Vici.  Może nie do końca tak to wyglądało, ale dużym sukcesem wręcz zwycięstwem, było to, że w ogóle pojawiłem się na na Biegu Ulicą Piotrkowską. Mój udział decydował się do ostatnich chwil. Pierwszy raz co takiego mi się przytrafiło. Zawsze kiedy zapisywałem się na bieg byłem przekonany, że nic nieprzewidzianego się nie wydarzy i ze spokojem będę mógł się przygotowywać i uczestniczyć w biegu. Tym razem było inaczej, przygotowań specjalnych nie robiłem, a im bliżej zawodów tym udział był coraz mniej pewny.



Dodatkowo praca ułożyła się tak, że w ciągu 14 dni przed zawodami zrobiłem raptem 3 treningi, łącznie coś około 21k. Jak sami przyznacie nie są to wartości, które pozwalają myśleć o biciu rekordów ani nawet o dobrym wyniku. O samym biegu napisano już wiele i prawie same pozytywne, wręcz entuzjastyczne recenzje. Rzeczywiście organizacja była na wysokim poziomie i jeśli tak dalej pójdzie, to w niedługim czasie będzie to jeden z pięciu największych biegów w Polsce na dystansie 10k. Ja mogę się doczepić tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze to niepotrzebne przewężenie trasy wokół placu Wolności już po kilkuset metrach i kolejne 300 metrów dalej na ulicy Nowomiejskiej kiedy to przebiegało się przez metę. Druga rzecz to jak zwykle sami zawodnicy. Ustawiłem się w połowie strefy 50-55 min  nastawiłem się na 53 min. I właśnie dlatego te przewężenia były denerwujące nie dało się wyprzedzać, a trzeba było i to olbrzymie ilości osób. Z drugiej strony im bieg większy, tym częściej takie sytuację mają miejsce. Trzeba się chyba do tego przyzwyczaić. Ale wróćmy do mojego biegania :). Ale wróćmy do mojego biegania. Jak wspomniałem treningów było mało, na dodatek ostatni trening przed zawodami wyszedł trochę za mocny jak na obecne możliwości, a wszystko przez pewną biegaczkę. Miałem zrobić kilometr rozgrzewki, potem 5k po 5:20 i 2k na zakończenie. Ale kiedy po 300 metrach przebiegłem tory kolejowe zobaczyłem, że przede mną ze 150 metrów biegnie dziewczyna, widać z daleka dobrym krokiem i postanowiłem przyspieszyć może dogonię. Nie patrzyłem na zegarek ale kiedy dał sygnał, że pierwszy kilometr za mną spojrzałem i... 5:02.Biegaczka skręciła, a ja z tak zadanym tempem  pobiegłem dalej. Kolejny 5:02 czuję się dobrze, trzeci pod wiatr 5:06 i tu oczywiście głupota. A może by tak podkręcić i zrobić poniżej 25 min tą piątkę. I tak było czwarty 4:55 i piąty 4:40. cały trening 5:11 średnio. No idiota pomyślałem o sobie. Z drugiej strony życiówki i tak miało nie być, co będzie to będzie. Na zawody umówiłem się z kolegą Tomkiem, tez miał przerwę w bieganiu więc nie mieliśmy w żaden sposób nie nakręcać tempa. Pogoda dla biegaczy wyśmienita, 13 stopni, jeszcze pół godziny przed biegiem padało, powietrze rześkie i na dodatek pochmurno. Jednym słowem prawie idealnie na bicie rekordów. Pistolet wystrzelił, minuta, dwie, trzy stoimy w miejscu. Po czwartej w końcu coś zaczyna się ruszać, po kolejnej i kolejnej "już" biegniemy. Jak wspomniałem pierwszy kilometr szarpany, czas 5:26, po 500 metrach wyprzedził nas zając na 55:00. Wyprzedził i prawie staranował, ale rozumiem to, też się szarpał i starał jak najlepiej wykonać swoje zadanie. Dla niego czas najważniejszy.  Potem było już lepiej, a nawet za dobrze. Kolejne kilometry już bez ścisku. Rynek Manufaktury, Zachodnia, Kościuszki 5:02, następny 5:00 i tu przerażenie, że nie wytrzymam i 5:08, a po skręcie w Piotrkowską i Tuwima na kostkę brukową nawet 5:14. Kostka była mokra i śliska na dodatek w wielu miejscach sporo piachu. W Łodzi w tej chwili sporo się buduje stąd ten piach. Muszę przyznać, że tegoroczna trasa była atrakcyjna. Pokazywał wiele urokliwych zakątków miasta z budową najnowocześniejszego dworca kolejowego i zrewitalizowaną elektrownią włącznie. Pierwsza piątka 26:07 na 52:00 wystarczy spokojnie pomyślałem ale ponieważ sił jeszcze było to delikatnie podkręcaliśmy tempo. Od siódmego kilometra byłem już zmęczony. Ostatnie zawody, które tak naprawdę biegłem na wynik były ponad rok temu. Mimo to 8 i 9 kilometr to już 4:58, ostatni 4:40. Czas na mecie grubo poniżej założeń 51:08, czyli druga piątka 25:01. Widać nie trzeba dużo żeby utrzymywać swoją wytrzymałość na w miarę dobrym jak dla mnie poziomie. Po zawodach oczywiście pamiątkowe medale i zdjęcia. W przyszłym roku z pewnością tez pojawię się na tych zawodach i mam nadzieję, że ze zdrowiem będzie już wszystko w porządku i czas 45:00 będzie tylko formalnością. W tym roku kolejne zawody to dopiero Bieg Fabrykanta.

Do zobaczenia na trasie!


PS. Tomek dzięki za towarzystwo na trasie!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz